Brian Aldiss
Non Stop
. 8 .
W�dr�wka trwa�a dalej. Karczowali glony zawzi�cie i
brn�li naprz�d pokonuj�c ostro�nie ciemne odcinki, gdzie nie pali�o si� �adne
�wiat�o i nie by�o glon�w. Mijali ca�kowicie spl�drowane rejony, gdzie drzwi
by�y powy�amywane, a na korytarzach le�a�y sterty porozbijanych przedmiot�w.
Wszelkie istoty �ywe, jakie napotykali, by�y boja�liwe i unika�y ich w miar�
mo�no�ci. By�o ich zreszt� niewiele - jaki� oszala�y dziki kozio�-samotnik i
�a�osne grupki podludzi, kt�rzy, gdy tylko Wantage zaklaska� w d�onie, uciekali
w pop�ochu. Takie by�y Bezdro�a, a w ich pustce czu�o si� stulecia milczenia.
Kabiny pozosta�y, zupe�nie zapomniane, gdzie� daleko za nimi; zapomnieli nawet o
swym mglistym celu, gdy� tera�niejszo��, wystawiaj�c stale na pr�b� ich fizyczn�
odporno��, wymaga�a pe�nej koncentracji i uwagi.
Znajdowanie dodatkowych po��cze� mi�dzy pok�adami, nawet za
pomoc� planu Marappera, nie zawsze by�o �atwe. Szyby wind by�y cz�sto
zablokowane, a poziomy ko�czy�y si� �lepo. Szli jednak nieustannie naprz�d,
min�li pok�ady pi��dziesi�te, potem czterdzieste i wreszcie, na �sm� jaw� od
opuszczenia Kabin, osi�gn�li Pok�ad 29.
W tym czasie Complain zacz�� ju� wierzy� w teori� statku.
Zmiana jego dotychczasowych pogl�d�w przesz�a niewyczuwalnie, by�a jednak
gruntowna, w czym powa�n� rol� odegra�y inteligentne szczury. Gdy Complain
opowiada� towarzyszom o porwaniu go przez Gigant�w, pomin�� ca�kowicie incydent
ze szczurami. Instynktownie wyczuwa�, �e element fantastyczny, jaki jego
opowiadanie musia�oby zawiera�, os�abi�by relacj� i wzbudzi� nieufno�� zar�wno
Marappera, jak i Wantage'a. My�lami stale jednak wraca� do tych budz�cych groz�
stworze�. Zauwa�y� przy tym ogromne podobie�stwo mi�dzy szczurami a lud�mi,
wyra�aj�ce si� w ich, jak�e ludzkim, z�ym traktowaniu innych stworze�, w tym
wypadku kr�lika. Szczury prze�y�y tam, gdzie to by�o mo�liwe, nie zastanawiaj�c
si� zupe�nie nad swym otoczeniem. Jak dot�d, z nimi by�o nie inaczej.
Marapper uwa�nie wys�ucha� opowie�ci o Gigantach, lecz jej
nie skomentowa�.
- Czy oni wiedz�, gdzie jest kapitan? - zapyta� w pewnej
chwili.
Interesowa�y go g��wnie szczeg�y dotycz�ce rozm�w Gigant�w
i powtarza� imiona „Curtis" i „Randall", jakby mrucza� jakie� zakl�cia.
- Kto to by� ten Ma�y Pies, do kt�rego udali si� na
rozmow�? - zapyta�.
- My�l�, �e to by�o jakie� imi� - odpowiedzia� Complain - a
nie prawdziwy ma�y pies.
- Imi� czego?
- Nie wiem. M�wi�em ci, �e by�em prawie nieprzytomny.
Im wi�cej o tym my�la�, tym mniej jasna wydawa�a mu si�
tre�� zas�yszanej rozmowy. Nawet wtedy gdy to prze�ywa�, wszystko tak dalece
przekracza�o jego do�wiadczenie �yciowe, �e nie potrafi� nawet w cz�ci tego
zrozumie�.
- Czy s�dzisz, �e to by�o imi� jakiego� Giganta, czy nazwa
przedmiotu? - nalega� kap�an szarpi�c go za ucho, jak gdyby w ten spos�b pragn��
wytrz�sn�� z niego wszystkie fakty.
- Nie wiem, Marapper, nie pami�tam. Zdaje mi si�, �e oni
mieli zamiar rozmawia� z jakim� „ma�ym psem".
Na ��danie Marappera ca�a czw�rka spenetrowa�a sal�
oznaczon� napisem „Basen k�pielowy", w kt�rej przedtem by�o morze. Obecnie
wysch�o ono zupe�nie, nie pojawi� si� te� nigdzie Roffery, co by�o dosy�
zaskakuj�ce, bior�c pod uwag� twierdzenie jednego z Gigant�w, �e wyceniacz,
podobnie jak Complain, po zatruciu gazem przyjdzie szybko do siebie. Wo�ali i
szukali go wsz�dzie, ale na pr�no.
- Jego w�sy zdobi� teraz koj� jakiego� mutanta - rzek�
Wantage. - Ruszajmy dalej!
Klapy, kt�ra prowadzi�a do pokoju Gigant�w, tak�e nie uda�o
si� znale��. Stalowa p�yta przykrywaj�ca wej�cie do studni kontrolnej, przy
kt�rej Cormplain z Rofferym po raz pierwszy zobaczyli Gigant�w, zamkni�ta by�a
na g�ucho i wygl�da�a tak, jakby nikt jej nigdy nie otwiera�. Duchowny popatrzy�
sceptycznie na Complaina i na tym zako�czano dochodzenie. Id�c za rad� Wantage'a
ruszyli w dalsz� drog�.
Ca�y ten incydent podkopa� pozycj� Camplaina i Wantage,
szybko wykorzystuj�cy sytuacj�, zosta� obecnie bezspornym zast�pc� dow�dcy.
Szed� tu� za Marapperem, a Fermour i Complain pod��ali za nim. W rezultacie
zaowocowa�o to zgod� w�r�d ca�ej grupy, przynajmniej na zewn�trz.
Je�eli w ci�gu d�ugotrwa�ej ciszy, w kt�rej szli nie
ko�cz�cymi si� kr�gami korytarzy, Complain zmieni� si� w bardziej ni� dotychczas
my�l�cego i zaradnego cz�owieka, to zmieni� si� tak�e i kap�an. Wyczerpa�a si�
jego gadatliwo��, bo w du�ej mierze os�ab�y si�y witalne, kt�re jej s�u�y�y za
�r�d�o. U�wiadomi� sobie wreszcie rozmiary celu, jaki sobie postawi�, a
konieczno�� przetrwania zmusi�a go do pe�nej koncentracji woli.
- Co� si� tutaj dzia�o z�ego, ale bardzo dawno - rzek� w
czasie jednej z przerw w w�dr�wce. Oparty o �cian� obserwowa� le��cy przed nim
centralny poziom Pok�adu 29. Pozostali zatrzymali si� tak�e. G�stwina rozci�ga�a
si� przed nimi tylko na przestrzeni paru jard�w, a zaraz potem zaczyna�a si�
ciemno��, w kt�rej nic nie mog�o rosn��. Przyczyna nag�ego braku �wiat�a by�a
widoczna: jak�� broni� z zamierzch�ych czas�w, nie spotykan� w Kabinach, wybito
dziury w suficie i �cianach korytarza. Jaka� ci�ka szafa wystawa�a przez otw�r
w suficie, a wszystke okoliczne drzwi pozdejmowane by�y z zawias�w. Dooko�a, na
du�ej przestrzeni, widnia�y w �cianach jeszcze drobne otwory, przypominaj�ce
�lady po ospie - skutek jakiej� powa�nej eksplozji.
- Wreszcie b�dzie troch� miejsca bez tych przekl�tych
glon�w - zauwa�y� Wantage wyci�gaj�c latark�. - Idziemy, Marapper.
Kap�an sta� nadal oparty o �cian�, ci�gn�c si� dwoma
palcami za nos.
- Jeste�my ju� chyba blisko Dziobowc�w - powiedzia� -
obawiam si�, �e latarki mog� nas zdradzi�.
- Je�eli masz ochot�, mo�esz i�� po ciemku - odpar�
Wantage. Ruszy� naprz�d, a za nim Fermour. Gomplain bez s�owa min�� Marappera i
pod��y� za nimi. Mrucz�c co� pod nosem kap�an oderwa� si� od �ciany: Nikt nie
przyjmowa� zniewag z wi�ksz� godno�ci� ni� on.
Przed wej�ciem w cie� Wantage zapali� latark� i o�wietli�
le��c� przed nim przestrze�. Dzia�y si� tam dziwne rzeczy. Complain, kt�ry by�
najlepszym obserwatorem, pierwszy zauwa�y� nienaturalny wygl�d glon�w. Jak
zwykle, ros�y s�abo w pobli�u ciemnego terenu, ale tym razem �odygi mia�y jako�
szczeg�lnie wiotkie, jakby nie by�y w stanie unie�� w�asnego ci�aru. Poza tym
oddala�y si� od �r�d�a �wiat�a na wi�ksz� ni� zazwyczaj odleg�o��.
Nagle Complain straci� grunt pod nogami.
Id�cy przed nim Wantage potyka� si� bez powodu, a Fermour
porusza� si� jakim� dziwnym, skacz�cym krokiem. Complain czu� si� zupe�nie
bezradny. Ca�y skomplikowany mechanizm cia�a odm�wi� mu pos�usze�stwa; by�o to
tak, jakby szed� w wodzie, a jednocze�nie doznawa� niezrozumia�ego uczucia
lekko�ci. W g�owie mu szumia�o, w uszach t�tni�a krew. Us�ysza� zdumiony okrzyk
Marappera, po czym kap�an wpad� na niego z ty�u. W nast�pnej chwili Complain
po�eglowa� d�ugim �ukiem mijaj�c prawe rami� Fermoura i zgi�ty wp� uderzy�
biodrem o �cian�. Pod�oga zbli�a�a si� powoli na jego spotkanie, wyci�gn�� wi�c
obie r�ce i wyl�dowa� rozkrzy�owany na brzuchu. Gdy oszo�omiony popatrzy� w
otaczaj�c� go ciemno��, zobaczy� Wantage'a, kt�ry �ciskaj�c nadal latark� opada�
jeszcze wolniej.
Spojrza� w drug� stron� i dostrzeg� Marappera, kt�ry jak
wielki hipopotam gramoli� si� z wyba�uszonymi oczyma, k�api�c bezg�o�nie ustami.
Fermour chwyci� kap�ana za rami�, obr�ci� go zr�cznie i pchn�� z powrotem w
bezpieczne miejsce. Nast�pnie, pomimo swojej tuszy, sprawnie da� nurka w
ciemno�� po Wantage'a, kt�rego blu�nierstwa s�ycha� by�o gdzie� w okolicach
pod�ogi. Osuwaj�c si� po �cianie Fermour chwyci� go, odepchn�� si� wyci�gni�t�
nog� i �agodnie pop�yn�� na poprzednie miejsce. Tam z trudem ustawi� Wantage'a,
kt�ry zatacza� si� jak pijany.
Podniecony tym zjawiskiem Complain u�wiadomi� sobie od
razu, �e powsta�y tu idealne warunki podr�y. Cokolwiek sta�o si� w korytarzu
(niejasno przypuszcza�, �e zmieni�o si� w jaki� spos�b powietrze, kt�re jednak w
dalszym ci�gu nadawa�o si� do oddychania), mogli obecnie szybko posuwa� si�
naprz�d skokami. Wsta� ostro�nie, mocniej uchwyci� latark� i skoczy�.
Jego okrzyk zdumienia odbi� si� w korytarzu g�o�nym echem.
Tylko wyci�gni�cie r�ki uratowa�o go przed uderzeniem w g�ow�, ale ten gest
wprawi� go w ruch wirowy tak silny, �e ostatecznie wyl�dowa� na plecach. By�
oszo�omiony upadkiem, ale przynajmniej posun�� si� o dziesi�� krok�w do przodu.
Jego towarzysze pozostali daleko w tyle, s�abo o�wietleni na tle zielonego
zaplecza. Complain przypomnia� sobie nagle chaotyczne wspomnienia Ozberta
Bergassa. Co on takiego m�wi�?... Co�, co Complain wzi�� wtedy za bredzenie...
„Miejsce, w kt�rym r�ce zmieniaj� si� w stopy i fruwasz, w powietrzu jak owad".
A wi�c stary przewodnik dotar� a� tutaj! Complain my�la� ze zdumieniem o milach
gnij�cych tuneli, jakie dzieli�y go teraz od Kabin.
Wsta� zbyt gwa�townie i znowu wprowadzi� si� w ruch wirowy.
Nagle zacz�� wymiotowa�. Wymioty rozpryskiwa�y si� w powietrzu w drobnych
kropelkach, kt�re spada�y wok� niego, kiedy niezdarnie wraca� do swoich
towarzyszy.
- Statek zwariowa�! - m�wi� w�a�nie Marapper.
- Dlaczego twoja mapa tego nie pokazuje? - spyta� gniewnie
Wantage. - Nigdy nie mia�em do niej zaufania.
- Niewa�ko�� musia�a wyst�pi� niew�tpliwie dopiero po
sporz�dzeniu mapy. Rusz raz tym swoim m�d�kiem, je�eli go w og�le masz warkn��
Fermour. Ten nietypowy dla niego wybuch mo�na by�o wyt�umaczy� tylko niepokojem,
kt�ry ujawni�a nast�pna jego uwaga: S�dz�, �e narobili�my dostatecznie
wiele ha�asu, aby naprowadzi� na nasz �lad wszystkich Dziobowc�w. Lepiej
zabierajmy si� szybko z powrotem.
- Z powrotem! - zawo�a� Complain - nie mo�emy przecie�
wraca�. Droga do nast�pnego pok�adu jest tu gdzie� przed nami. Musimy wej��
przez jedne z tych wywa�onych drzwi i brn�� dalej przez pokoje, trzymaj�c si�
kierunku r�wnoleg�ego do korytarza.
- W jaki spos�b, do diab�a, mamy to zrobi�? - spyta�
Wantage. - Czy masz czym dziurawi� �ciany?
- Mo�emy tylko spr�bowa� i mie� nadziej�, �e s� tam jakie�
wewn�trzne drzwi rzek� Complain. - Bob Fermour ma racj�, zostanie tutaj by�oby
czystym szale�stwem. Chod�cie.
- No dobrze, ale... - zacz�� Marapper.
- Uch, wybierz si� w D�ug� Podr� - powiedzia� gniewnie
Complain. Otworzy� najbli�sze uszkodzone drzwi i wtargn�� do �rodka. Fermour
szed� tu� za nim, Marapper i Wantage spojrzeli na siebie, po czym weszli tak�e.
Mieli szcz�cie, gdy� przypadkowo trafili na du�y pok�j.
By�o tu �wiat�o i bujnie krzewi�y si� glony. Complain siek� je w�ciekle,
trzymaj�c si� ca�y czas blisko �ciany przylegaj�cej do korytarza. W miar�
posuwania si� naprz�d znowu ogarnia�a ich niewa�ko��, ale efekt jej by� tym
razem mniej brzemienny w skutki, a poza tym glony u�atwi�y zachowanie r�wnowagi.
Po chwili doszli do szczeliny w �cianie i Wantage wyjrza�
przez ni� na korytarz. Gdzie� w oddali zgas�o okr�g�e �wiate�ko.
- Kto� idzie za nami - rzek�. Popatrzyli na siebie
niespokojnie i bez s�owa przyspieszyli kroku.
Metalowy bufet, na kt�rym obficie rozros�y si� glony,
zablokowa� im drog�, wi�c aby go wymin��, skierowali si� w g��b pokoju. W
czasach Gigant�w pe�ni� on rol� jadalni i d�ugie sto�y otoczone krzes�ami ze
stalowych rurek zajmowa�y ca�� jego d�ugo�� i szeroko��. Obecnie z powoln�, ale
nieust�pliw� si��, jaka charakteryzuje ro�liny, glony oplot�y meble, tworz�c
wraz z nimi nieprzekraczaln�, wysok� do pasa zapor�. Im dalej si� posuwali, tym
warunki marszu by�y gorsze i sta�o si� jasne, �e powr�t do �ciany b�dzie
niemo�liwy.
Jak w z�ym �nie wycinali sobie przej�cia w�r�d ogromnych
krzese� i sto��w, o�lepieni przez komary, kt�re jak mg�a unosi�y si� z li�ci i
siada�y im na twarzach. G�szcz by� teraz bardziej zwarty, ca�e p�ki glon�w
zawali�y si� , pod w�asnym ci�arem i utworzy�y gnij�ce, �liskie wzg�rza, na
szczycie kt�rych pleni�y si� inne ro�liny. Pojawi�a si� niebieska lepka �nie�,
kt�ra wkr�tce uniemo�liwi�a im pos�ugiwanie si� no�ami. Zlany potem, dysz�c
ci�ko, Complain spojrza� na Wantage'a, kt�ry pracowa� obok niego. Zdrowa po�owa
twarzy tak mu spuch�a, �e nie by�o wida� oczu. Mamrota� co� po cichu, ciek�o mu
z nosa, a widz�c skierowany na siebie wzrok Complaina zacz�� monotonnie kl��.
Complain milcza�. By� bardzo niespokojny, a poza tym
dokucza�o mu gor�co.
Przedzierali si� teraz przez wznosz�c� si� przed nimi
�cian� gnij�cych ro�lin; trwa�o to d�ugo, lecz ostatecznie dobrn�li do ko�ca
pokoju. Ale do kt�rego ko�ca? Stracili orientacj� i nie wiedzieli zupe�nie, w
kt�rym kierunku si� posuwaj�. Marapper usiad� ci�ko w�r�d nasion glon�w,
plecami oparty o g�adk� �cian�. Znu�ony ociera� czo�o.
- Ju� mam do�� - wyszepta�.
- I tak nie mo�emy i�� dalej - powiedzia� ostro Complain.
- Pami�taj, Roy, �e to nie by� m�j pomys�.
Complain odetchn�� g��boko. Powietrze by�o ci�kie, mia�
poza tym ohydne wra�enie, �e p�uca wype�niaj� mu komary.
- Pozostaje nam tylko posuwa� si� wzd�u� �ciany tak d�ugo,
a� natrafimy na drzwi. - Ko�o �ciany idzie si� du�o �atwiej - powiedzia�, ale
wbrew w�asnym s�owom usiad� ko�o kap�ana.
Nagle Wantage zacz�� kicha�.
Ka�dy atak zgina� go wp�. Okaleczana cz�� twarzy by�a
r�wnie spuchni�ta jak zdrowa; deformacja by�a obecnie prawie niewidoczna. Przy
si�dmym kichni�ciu zgas�y wszystkie �wiat�a.
Complain b�yskawicznie zerwa� si� na nogi i skierowa�
promie� latarki na Wantage'a
- Sko�cz z tym kichaniem! - warkn�� musimy by� cicho.
- Zga� latark�! - sykn�� Fermour.
Stali w milczeniu, niezdecydowani, czuj�c, �e serca maj� w
gardle. Stanie w tym upale przypomina�o tkwienie w galarecie.
- To m�g� by� zbieg okoliczno�ci - rzek� niepewnie Marapper
- pami�tam, �e kiedy� r�wnie� gas�y �wiat�a partiami.
- To Dziobowcy - wyszepta� Complain - �cigaj� nas.
- Pozosta�o nam tylko posuwaj�c si� pod �cian� przedosta�
si� cicho do najbli�szych drzwi - powiedzia� Fermour powtarzaj�c, prawie
dos�ownie, poprzednie s�owa Complaina.
- Cicho? - spyta� zjadliwie Complain. Przecie�
us�ysz� nas od razu. Najlepiej nie ruszajmy si�. Trzymajcie paralizatory w
pogotowiu, oni prawdopodobnie chc� nas podej��.
Stali bez ruchu, oblani potem. Wok� by�a gor�ca i duszna
noc, jak tchnienie rozpalonego pieca.
- Odm�w Litani�, kap�anie - zacz�� b�aga� Wantage dr��cym
g�osem.
- Na Boga, nie teraz - j�kn�� Fermour.
- Litani�. Odm�w Litani� - powt�rzy� Wantage.
Us�yszeli, jak kap�an osun�� si� na kolana.
Ci�ko dysz�c Wantage zrobi� to samo.
- Na kolana, skurwysyny - warkn��. Marapper rozpocz��
monotonnie od Wyznania Wiary. Z uczuciem bezsilno�ci Complain pomy�la�:
znale�li�my si� w sytuacji bez wyj�cia i czeka nas koniec, a kap�an si� modli.
Nie wiem, dlaczego kiedykolwiek uwa�a�em go za cz�owieka czynu. Pog�adzi�
paralizator, nastawiaj�c jednocze�nie uszu na wszelkie odg�osy, i bez wi�kszego
przekonania poszed� w �lady towarzyszy. Ich g�osy to nasila�y si�, to cich�y,
ale pod koniec modlitwy wszyscy poczuli si� lepiej.
- I wyzwalaj�c z siebie nasze niezdrowe instynkty, mo�emy
uwolni� si� od wewn�trznych konflikt�w - intonowa� kap�an.
- I �y� w psychosomatycznej czysto�ci - powt�rzyli.
- I aby to nienaturalne �ycie mog�o zako�czy� si� Podr�.
- A zdrowie psychiczne kwit�o.
- A statek zosta� szcz�liwie doprowadzony do portu -
podsumowa� kap�an.
Podniesiony na duchu w�asnym wyst�pem kap�an w ca�kowitych
ciemno�ciach podpe�z� do ka�dego po kolei i �ycz�c mu przestrzeni �ciska� r�k�.
Complain odepchn�� go szorstko.
- Oszcz�d� nam tego widowiska, dop�ki nasza sytuacja si�
nie zmieni - rzek�. - Musimy si� st�d wydosta�. Je�eli zdo�amy i�� cicho,
us�yszymy ka�dego, kto b�dzie si� zbli�a�.
- Nic z tego, Roy - powiedzia� Marapper utkn�li�my tu
na dobre, a poza tym ja ju� jestem zm�czony.
- Zapomnia�e� o w�adzy, kt�r� mia�e� zdoby�.
- Pozosta�my tutaj - b�aga� kap�an - glony s� za g�ste.
- Co ty na to, Fermour? - spyta� Complain.
- Pos�uchajcie!
Nat�yli s�uch. Glony skrzypia�y wi�dn�c bez �wiat�a i
szykuj�c si� na �mier�. Komary bzyka�y im ko�o uszu. Powietrze, wibruj�ce tym
cichym d�wi�kiem, coraz mniej nadawa�o si� do oddychania; �ciana gnij�cych
ro�lin prawie ca�kowicie odci�a tlen wytwarzany przez zdrowe ro�liny.
Przera�aj�co nagle Wantage wpad� w sza�. Niespodziewanie rzuci� si� na Fermoura,
przewracaj�c go na ziemi�. Tarzali si� w b�ocie walcz�c rozpaczliwie. Complain
bez s�owa pochyli� si� nad nimi i wymaca� muskularne cia�o Wantage'a le��cego na
t�gim Fermourze, kt�ry usi�owa� oderwa� r�ce napastnika zaciskaj�ce si� na jego
gardle.
Complain chwyci� Wantage'a za ramiona i oderwa�. Wantage
zada� cios na o�lep, nie trafi� i si�gn�� po paralizator. Uda�o mu si� wyci�gn��
bro�, ale Complain chwyci� go za przegub d�oni i wykr�ci� mu r�k� zmuszaj�c do
cofni�cia si� i jednocze�nie wymierzaj�c cios w szcz�k�. W ciemno�ci jednak nie
trafi� i uderzy� Wantage'a w pier�. Wantage wrzasn�� i machaj�c gwa�townie
r�kami uwolni� si�, ale Complain z�apa� go ponownie. Tym razem cios by� celny.
Kolana ugi�y si� pod Wantage'em; zatoczy� si� i ci�ko zwali� w glony.
- Dzi�kuj� - rzek� Fermour. Wi�cej nie by� w stanie
wyj�ka�. Przestali krzycze� nas�uchuj�c. Ale s�yszeli tylko skrzypienie glon�w,
d�wi�k, kt�ry towarzyszy� im przez ca�e �ycie i mia� by� s�yszalny tak�e wtedy,
gdy oni udadz� si� w D�ug� Podr�.
Complain wyci�gn�� r�k� i dotkn�� Fermoura, kt�ry dygota�
jak w febrze.
- Powiniene� by� u�y� paralizatora na tego szale�ca -
powiedzia�.
- Wytr�ci� mi go z r�ki - odpar� Fermour - a teraz zgubi�em
gdzie� w b�ocie t� cholern� bro�.
Pochyli� si� szukaj�c paralizatora w mazi powsta�ej z �odyg
i soku glon�w. Kap�an pochyli� si� tak�e zapalaj�c latark�, kt�r� Complain
natychmiast wytr�ci� mu z r�ki. Duchowny znalaz� jednak Wantage'a, kt�ry le�a�
j�cz�c, i ukl�k� przy nim na jedno kolano.
- Widzia�em wielu, kt�rych to spotka�o wyszepta� -
ale granica mi�dzy stanem normalnym a szale�stwem by�a u biednego Wantage'a
zawsze nieuchwytna. To przypadek, kt�ry my kap�ani okre�lamy jako
hyperklaustrofobia. My�l�, �e w jakim� stopniu wszyscy na to cierpimy. Jest ona
przyczyn� wielu zgon�w w szczepie Greene, chocia� nie a� tak gwa�townych.
Wi�kszo�� chorych ga�nie po prostu jak lampa.
Obrazuj�c to kap�an strzeli� palcami.
- Mniejsza o histori� choroby, kap�anie rzek�
Fermour. - Powiedzcie lepiej, co z nim na mi�o�� bosk� zrobimy.
- Najlepiej zostawi� go i wia� - zaproponowa� Complain.
- Nie widzicie, jak bardzo mnie interesuje ten przypadek? -
powiedzia� z wyrzutem duchowny. - Zna�em Wantage'a jeszcze kiedy by� ma�ym
ch�opcem, a teraz musz� patrze�, jak on tu umiera w ciemno�ciach. Cudownie i
wzruszaj�co jest m�c ogarn�� ca�e ludzkie �ycie To tak jakby si� ogl�da�o
dopracowan� kompozycj�, sko�czone dzie�o sztuki. Cz�owiek udaje si� w D�ug�
Podr�, ale pozostawia po sobie �lad w postaci historii swego �ycia zapisanej w
pami�ci innych. Gdy Wantage przyszed� na �wiat, jego matka �y�a w g�stwinie
Bezdro�y, wygnana ze swego w�asnego szczepu. Dopu�ci�a si� dwukrotnej zdrady i
jeden z jej m�czyzn odszed� wraz z ni�, by dla niej polowa�. To by�a z�a
kobieta. M�czyzna zgin�� w czasie polowania, a ona nie mog�c �y� samotnie w�r�d
glon�w znalaz�a schronienie u nas, w Kabinach. Wantage by� wtedy raczkuj�cym
niemowl�ciem, ma�ym stworzeniem z wielkim kalectwem. Jego matka, jak to cz�sto
bywa z kobietami nie zam�nymi, zosta�a na�o�nic� jednego ze stra�nik�w i
zgin�a w czasie jakiej� pijackiej b�jki, zanim jej syn zd��y� osi�gn��
dojrza�o��.
- Kogo ma wed�ug ciebie uspokoi� nerwowo to opowiadanie? -
zapyta� Fermour.
- W strachu nie ma przestrzeni; nasze �ycie jest nam tylko
po�yczone - rzek� Marapper. Popatrzcie na losy naszego biednego
towarzysza. Jak to zwykle bywa, koniec �ycia nawi�zuje do jego pocz�tku. Ko�o
wykonuje pe�ny obr�t, a potem p�ka... Gdy by� dzieckiem, nie z«zna� niczego poza
cierpieniem. Inni ch�opcy zn�cali si� nad nim, cz�ciowo z powodu matki, kt�ra
by�a z�� kobiet�, cz�ciowo za� z powodu twarzy. Od tego czasu Wantage widzia�
obie te sprawy jako jedno nieszcz�cie. Dlatego stale chodzi� pod �cian�,
ukrywaj�c zdeformowan� po�ow� twarzy, i dlatego zabija� w sobie ka�de
wspomnienie dotycz�ce matki. Ale oto gdy znalaz� si� w g�stwinie, wspomnienia z
dzieci�stwa powr�ci�y. Od�y� w nim ca�y wstyd, kt�rego �r�d�em by�a matka, i
opanowa� go dzieci�cy l�k przed niepewnym jutrem i ciemno�ci�.
- No a teraz, gdy ta kr�tka lekcja psychoanalizy sko�czy�a
si� szcz�liwie - rzek� ponuro Complain - mo�e b�dziesz �askawy, Marapper,
przypomnie� sobie, �e Wantage wcale jeszcze nie umar�. �yje nadal i stanowi dla
nas powa�ne niebezpiecze�stwo.
- W�a�nie zamierzam go wyko�czy� - powiedzia� Marapper. -
Zapal na chwil� latark�, ale ostro�nie, po co ma kwicze� jak �winia.
Complain pochyli� si� skwapliwie i poczu�, jak nap�ywaj�ca
krew rozsadza mu czaszk�. Ogarn�a go ch�� zrobienia tego samego, co Wantage -
mia� ochot� odrzuci� wszelkie niewygodne hamulce, jakie nak�ada rozs�dek, i z
krzykiem skoczy� w najwi�kszy g�szcz. Dopiero p�niej przysz�o zastanowienie:
dlaczego w tym krytycznym momencie by� tak pos�uszny kap�anowi, nie ulega�o
przecie� w�tpliwo�ci, �e przez niespodziewany nawr�t do kap�a�skiej rutyny
Marapper znalaz� uj�cie dla w�asnego strachu. Swoista ekshumacja dzieci�stwa
Wantage'a by�a zakamuflowan� pr�b� rabowania samego siebie.
- Zdaje si�, �e zaraz zaczn� znowu kicha� odezwa� si�
zupe�nie normalnym g�osem Wantage, kt�ry niepostrze�enie odzyska� przytomno��
W cienkim jak o��wek strumieniu �wiat�a latarki Complaina
ledwie poznali jego twarz. Zwykle szczup�a i blada, by�a obecnie spuchni�ta i
zalana krwi�. Przypomina�aby mask� wampira, gdyby w oczach zamiast p�omienia by�
ch��d �mierci. Gdy pad�o na niego �wiat�o latarki, Wantage skoczy�...
Complain, nieprzygotowany na atak, upad�, ale Wantage
usun�� go tylko z drogi i wymachuj�c r�kami ruszy� w g�stwin�.
Latarka Marappera rozb�ys�a i o�wietli�a Widoczne w�r�d
zieleni plecy oddalaj�cego si� Wantage'a.
- Zga� �wiat�o, g�upi kap�anie! - wrzasn�� Fermour.
- Dosi�gn� go z paralizatora - zawo�a� Marapper.
Nie dosi�gn��... Wantage zacz�� dopiero wchodzi� w g�szcz,
gdy nagle zatrzyma� si� i odwr�ci�. Complain us�ysza� wyra�nie, jak wyda� dziwny
�wiszcz�cy odg�os. Przez sekund� panowa�a cisza, potem Wantage wyda� znowu ten
dziwny d�wi�k i zatoczy� si� znajduj�c si� z powrotem w zasi�gu latarki
Marappera. Potkn�� si� i upad�, a nast�pnie spr�bowa� podpe�zn�� do nich na
czworakach.
Na par� krok�w przed Marapperem upad�. Przez chwil� cia�em
jego wstrz�sa�y drgawki, po czym znieruchomia�. Martwe oczy patrzy�y ze
zdumieniem na tkwi�c� w jego splocie s�onecznym strza��...
Stali jeszcze patrz�c bezmy�lnie na cia�o, gdy z cienia
wychyn�li uzbrojeni stra�nicy Dziobowc�w i otoczyli ich ko�em
nast�pny |